Kolejny film, który został stworzony pod znakiem studia Ghibli znacznie odstaje nastrojem od innych filmów tego studia. Jednym z powodów prawdopodobnie jest fakt, że tym razem za reżyserię zabrał się mniej znany z współzałożycieli omawianego studia, a mianowicie Isao Takahata. Drugim powodem jest poruszana tematyka i historia, bo choć filmy Miyazakiego również często ruszają poważniejsze tony, to jednak w obrębie pojedynczego filmu zawsze znajdzie się coś co złagodzi nam odbiór filmu i pozwoli się uśmiechnąć. Ten film jednak jest po prostu jednym z najsmutniejszych filmów jakie zdarzyło mi się obejrzeć.

https://i2.wp.com/m5.paperblog.com/i/49/496362/grave-of-the-fireflieshotaru-no-haka-1988-T-sTrXYL.jpeg

Grobowiec świetlików to film wojenny opowiadający historię 14-letniego chłopca Seita i jego malutkiej siostry Setsuko, rozgrywającą się pod koniec II wojny światowej w Japonii. Ten film oferuje nam nieco inne spojrzenie na wojnę niż to do którego byłem przyzwyczajony przez inne filmy wojenny, a mianowicie takie, że obserwujemy ją w całości przez wspomniane powyżej dzieci, bezbronnych cywilów, którzy muszą sobie radzić z okropną rzeczywistością, która ich otacza. Dodatkowo, charakter tej wojny najwyraźniej był zupełnie inny dla Japończyków, aniżeli dla Polaków, ale nie podejmę się szczegółowych porównań, bo tę wojnę (i jakąkolwiek inną oczywiście także) znam jedynie z innych filmów czy książek beletrystycznych. Ten film, chyba jak wszystkie najlepsze filmy wojenne, to film antywojenny, choć nie każdy może się z tym zgodzić.

Pierwsza scena filmu ukazuje nam tragiczny koniec historii, którą dopiero zobaczymy, a potem niczym w pośmiertnej retrospekcji oglądamy bieg wydarzeń, które do tego doprowadziły. Muszę przyznać, że o ile tego typu zabieg często pozostawia w moich odczuciach pewien niesmak, o tyle w tym filmie jest idealnie na miejscu, ukazując nam fatalizm całej historii. Obserwujemy więc jak od czasu jednego z kolejnych nalotów Seita dzień za dniem opiekuje, a także bawi się ze swoją siostrą, widzimy jak z czasem ich sytuacja coraz bardziej się pogarsza. Większość czasu film ukazuje okresy pomiędzy nalotami, kiedy pozornie nic szczególnego się nie dzieje. Seita i Setsuko spędzają czas momentami niemalże sielsko niczym w czasach pokoju, Jednak cieniutka błona oddzielająca ten spokój od przerażającej natury wojny w wielu scenach z łatwością pęka, czy to podczas zabaw na plaży nad morzem gdy Setsuko odnajduje ciało trupa oblazłego przez muchy, którym nikt się nie przejmuje, czy to w scenach w których pokazane jest jak ciotka, która ich przygarnęła ledwie ich toleruje. Pominę wspominania wszystkich wartych scen, ponieważ naprawdę trzeba by przytoczyć chyba wszystkie sceny. To co dla tej historii istotne, to odczucie, że zarówno główni bohaterowie, jak i postacie z drugiego planu są bardzo wiarygodni w swoich motywacjach i zachowaniach. W szczególności imponującym jest to w ukazaniu głównych bohaterów, ukazanie psychologii dzieci, która nie byłaby przerysowana w którymkolwiek z możliwych kierunków to naprawdę ogromne osiągnięcie. W szczególności podobały mi się relację między bratem i siostrą, które były po prostu wzruszające. Seita czuł się za nią odpowiedzialny, potrafił do pewnego stopnia zająć się sobą i swoją siostrą, lecz wciąż to 14-letni chłopiec, który radzi sobie tylko do pewnego czasu. Setsuko z kolei to mała dziewczynka, która wciąż nie za wiele rozumie z otaczającej ją rzeczywistości, która, dla przykładu, potrafi w środku nalotów potrafi bezpretensjonalnie stwierdzić, że chce jej się pić, gdy tu trzeba uciekać do schronów. To co naprawdę ruszyło mnie w tym filmie jako całości, to fakt, że nawet okresy dłuższego spokoju w historii, wcale nie uspokajały mojego serca podczas seansu, ponieważ wszystko było nasycone swego rodzaju ponurym nastrojem.

https://i2.wp.com/www.moviefodder.com/storage/gotf_Picture%202.png

Jeśli chodzi o muzykę, to była doskonale dopasowana do nastroju całości i poszczególnych scen, szczególnie ruszyły mnie fragmenty wygrywane na flecie w końcówce filmu. Podobnie jest z oprawą graficzną, zaczynając od tragicznych panoram po nalotach, po użycie „sepii” w pewnego rodzaju scenach. Studio w tym wypadku jak zwykle stanęło na wysokości zadania i można odnaleźć specyficzny dla niego styl, zarówno w muzyce jak i grafice, z tymże jest to wszystko jakby stonowane, co moim zdaniem jest bardzo dobrym krokiem, ponieważ wciskanie niepotrzebnego patosu tylko zaszkodziłoby filmowi. W każdym razie, polecam każdemu, nawet jeśli omijał wcześniej filmy wojenne.

Warto jeszcze dodać, że film ukazuje pewne tabu filmowe, które do dzisiaj przez większość przemysłu filmowego jest przestrzegane, a w tym wypadku złamanie go jest naprawdę widoczne, przejmujące, a wręcz łamiące człowieka.

Reklamy

Drugi film Miyazakiego, a zarazem drugi film japońskiego studia Ghibli urzekł mnie od pierwszej chwili i w tym stanie trzymał mnie przez cały seans. Jestem przekonany, że tym którym podobała się „Nausicaä z Doliny Wiatru” ten film powinien również się podobać, choć po prawdzie różni się dosyć mocno w tonie i charakterze od poprzedniego. Tym razem przenosimy się do alternatywnego świata o bliżej nieokreślonej historii i niejasnych związkach ze światem nam znanym. Po prawdzie istnieją odwołania, zarówno pośrednie jak i bezpośrednie do prawdziwej literatury światowej, jednak to o niczym nie świadczy.

Tak więc czego można się spodziewać po tym filmie? Przede wszystkim, cudownego świata w niezwykły sposób łączącego baśniową stylistykę, która w przyszłości okaże się tak charakterystyczna dla omawianego studia, z klimatem steampunkowych opowieści, pełnym pary, lokomotyw, kopalni i górników w jeden niesamowity i tajemniczy świat. Spodziewać się można także wielkiej przygody, pościgów i ucieczek, tajemnicy oraz tytułowej Laputy – zamku w chmurach ukrywającego w sobie starożytną wiedzę zaginionej cywilizacji. Jak brzmi? Być może trochę zachęcającą, może trochę sztampowo, ale jest naprawdę godne polecenia.

https://i2.wp.com/images1.wikia.nocookie.net/__cb20120108015440/ghibli/de/images/9/9e/Laputa.jpg

W celu lepszego zaprezentowania tego dzieła warto skupić się na tych aspektach, które w twórczości Miyazakiego przewijają się wciąż od nowa. Jedną z takich rzeczy, które zaanonsowałem w poprzednim artykule, jest silna dziewczęca postać jako główna bohaterka. Wymaga to zapewne pewnych wyjaśnień w kontekście tego filmu, zwłaszcza, że tu sytuacja znacznie różni się od poprzedniego filmu. O ile Nausicaä jest postacią już w dużej mierze ukształtowaną i od samego początku filmu przejawiającą sporo zarówno wewnętrznej, jak i fizycznej siły, o tyle w tym filmie mamy do czynienia z dwójką bohaterów. Chłopca-sierotę Pazu, który, gdy go poznajemy jest już całkowicie samodzielny, pomimo młodego wieku, ma już pracę w kopalni, własny dom, którym się zajmuje. Do tego jest spragniony przygód i niesamowicie zaradny. Z drugiej strony mamy młodą dziewczynkę, Sheetę, również sierotę, która z powodu splotu pewnych czynników wplątana zostaje w większą aferę i grę różnych grup próbujących zdobyć artefakt, który jest w jej posiadaniu. W tym wypadku, Sheeta dopiero w trakcie trwania przygody musi odnaleźć w sobie siłę, która jest jej tak bardzo potrzebna. Tak więc mamy dwójkę bohaterów, chłopca i dziewczynkę. Miyazaki ma wielką zdolność do ukazywania uczuć młodych bohaterów, w taki sposób, że jesteśmy w stanie uwierzyć w tego typu relacje między bohaterami. Nic nie jest tu przesadzone, wszystko jest jak najbardziej wiarygodne.

Drugim leitmotivem Miyazakiego, który tutaj został rozwinięty w ogromnym zakresie, są machiny latające. Mamy tutaj do czynienia z wielkim bogactwem fantastycznych maszyn latających, które stanowią istotne tło wydarzeń całego filmu. W gruncie rzeczy mamy tu do czynienia z czymś w rodzaju rozwijającej się żeglugi powietrznej, jeśli można tak to nazwać, a także z dalej idącymi konsekwencjami tego stanu rzeczy, czyli choćby istnieniem piratów powietrznych. Jeśli już zaś doszliśmy do piratów powietrznych, to należy także powiedzieć o tym jak niesamowicie sympatyczne potrafią być postaci drugiego, a nawet trzeciego planu w filmach Miyazakiego, nie wspominając już o planie pierwszym. Praktycznie większość postaci, nawet jeśli kierują nimi jakieś egoistyczne pobudki, z czasem okazują się bardziej serdeczne niż to na pierwszy rzut oka mogło wyglądać, ponadto zwykli ludzie także nie pozostają obojętni na los głównych bohaterów. Nawet jest jedna scena gdzie w obronę bohaterów angażuje się cała dzielnica bodajże. Do tego sympatyczność wielu postaci jest bardzo mocno podkreślana przez ich fajtłapowatość, a w przypadku piratów również przez ich naiwny stosunek do ich przywódczyni, Mamy, jak ją nazywają, a w sumie pozostaje niejasne na ile faktycznie jest rodzicem dla całej tej zgrai, choć faktycznie zachowuje się wobec nich jak prawdziwa matka (bardzo jednak specyficzna). Dosyć dziwaczny wydaje się stosunek piratów do Sheety, ale to już odrębna kwestia.

Postaci, które na samym początku wydawały się złe, w zasadzie nie tak łatwo w ten sposób sklasyfikować, po prostu są to osoby mające swoje partykularne cele, ale nie czyniące z nich z tego powodu tak całkowicie złymi. Jedna tylko postać ostatecznie okazuje się naprawdę zła i nie bojąca się kroczyć po trupach do celu. Wątek tej postaci wprowadza większy mrok do filmu i sprawia, że ponownie film ze studia Ghibli oddala się od zachowawczości filmowych baśni europejsko-amerykańskich. Pomimo tego, jestem przekonany, że ten film, podobnie jak klasyczne baśnie, znakomicie nadaje się zarówno dla dzieci, jak i ich rodziców, a także tych, którzy nie podpadają pod te kategorie. Innymi słowy, polecam ten film wszystkim, jak większość filmów studia Ghibli, wręcz wypada raz w życiu obejrzeć.

Na odrębne omówienie wystarczyłaby również muzyka z tego filmu, którą skomponował Joe Hisaish, nierozłączny kompozytor zawsze współpracujący z Miyazakim przy jego filmach. Można powiedzieć, pozwalając sobie na ogromny skrót, że muzyka ta jest tak emocjonalnie nacechowana i tak dobrze ilustrująca wydarzenia, które oglądamy, że gdyby nie ta doskonałość tych utworów, film byłby znacznie uboższy. Podobnie znakomicie spisali się animatorzy, którzy ukazali zarówno kolorowy, jak i nieco bury świat będący wizualnie, podobnie jak i fabularnie, doskonałym połączeniem baśniowości z steampunkową konwencją.

Postanowiłem, że wykorzystam tego bloga, aby podzielić się swoimi opiniami na temat różnych dzieł kultury. Odbiega to trochę od moich pierwotnych zamierzeń co do tego jakie treści miały pojawiać się na tym blogu, lecz jak łatwo zauważyć, w ten sposób blog nie jest prowadzony. Zaczynam więc serię osobistych polecanek, czy też recenzji tego co, moim zdaniem, warte przedstawienia innym. Tym samym rozpoczynam serię czegoś na kształt recenzji filmów ze studia Ghibli. Mówię w ten sposób, ponieważ może mi z tego wyjść raczej coś na kształt luźnych przemyśleń osnutych wokół tych filmów, aniżeli pełnoprawnych recenzji. Dlatego nieuniknione mogą okazać się także drobne spoilery. Będę starał się ich unikać, ale jeśli czytelniku boisz się spoilerów jak ognia, jak to niektórzy mają w swym zwyczaju, to możesz poczuć się ostrzeżony. Zacznijmy więc!

Na sam początek należałoby zacząć od tego czym jest to tytułowe studio Ghibli? Ghibli to japońskie studio animacyjne, którego znaczenie w świecie anime (japońskiej animacji) jest porównywane do znaczenia Disneya dla animacji zachodniej (czy też animacji amerykańskiej). Niektórzy także wskazują na pewne podobieństwa z Disneyem, lecz moim zdaniem Ghibli nie można nazwać japońskim odpowiednikiem Disneya, zwłaszcza, że często sięga tam gdzie amerykańskie studio nie sięgnęłoby. Mam wrażenie jednak, że pod tym względem japońska animacja jest wierniejsza tradycji baśniowej, która przecież nie stroniła od śmierci i innych mroczniejszych aspektów życia. Mam nadzieję, że to będzie zrozumiałe po prezentacji ich filmów. Gdy mowa o Ghibli to na pierwszy plan wysuwa się Hayao Miyazaki, który jest założycielem i głównym reżyserem studia. Jego też film będzie omawiany w tej notce.

https://i1.wp.com/twitchfilm.com/assets/2011/11/Hayao.jpg

Pierwszy film studia przedstawia wizję najbardziej ponurą i najbardziej przerażającą, jak mi się wydaje, spośród wszystkich filmów w reżyserii Miyazakiego. Może nie spośród wszystkich filmów studia Ghibli, ponieważ istnieje jeszcze „Grobowiec świetlików”, o którym będzie trochę później, ale jego reżyserem była inna osoba.

„Nausicaä z Doliny Wiatrów” prezentuje podgatunek fantastyki naukowej, który nazywają postapokalipsą. Podgatunek ten streścić by można w słowach: „Świat został zniszczony, a historia opowiada o tym co działo się potem”. Oczywiście nie sposób mówić tu o zniszczeniu świata w rozumieniu Wszechświata, w tym wypadku również nie sposób mówić o zniszczeniu Ziemi, a po prostu o wielkim kataklizmie, dawnym konflikcie, sprzed tysiąca lat, który zniszczył dawną (tzn naszą) cywilizację. Nie spodziewajcie się jednak kolejnej postapokalipsy zombie bądź też postnuklearnych pustkowi. Możnaby powiedzieć więcej, świat przedstawiony aż kipi życiem. Jednak nie życiem ludzkim.

Pierwsze sceny dosyć dobrze wprowadzają nas w klimat upadłego świata, pochłanianego coraz bardziej przez rozprzestrzeniający się Ugór (jak się określało to zjawisko we wszystkich tłumaczeniach z jakimi się spotkałem). Jest to rodzaj ogromnego lasu, który niesie z sobą trujące dla ludzi powietrze. Mistrz Yuma podróżuje przez takie zatrute krainy wraz ze swymi ptasimi wierzchowcami (skojarzenia z serią Final Fantasy zapewne nie są bezzasadne pod tym względem). Kolejna osada została pochłonięta przez trujący Ugór. Kolejna scena wprowadza nas w historię tego świata, najpierw poprzez kilka zdań, a następnie przez sceny ukazujące coś jakby malowidła prezentujące antyczny świat. Dla mnie, osoby, która nie zna się być może za dobrze na sztuce antycznej przywodziło to na myśl jednak takowe malowidła. Jeśli się dobrze przyjrzeć tym malunkom to dostrzeżemy coś jakby miasta spalane i niszczone przez humanoidalne, ogromne stwory, co po części wyjaśniane jest w dalszej części historii. Dalej zaprezentowana jest nam główna, tytułowa bohaterka, która jest księżniczką, również tytułowej, Doliny Wiatrów. Spędza swoje dnie na lataniu Mewą, czymś w rodzaju paralotni zasilanej jednak dodatkowo nieznanym typem napędu, a także i przede wszystkim na poznawaniu tajemnic Ugoru od którego przeciętni ludzie stronią nie rozumiejąc powodów jej eskapad. Oczywiście Nausicaä wyposażona jest w niezbędną maskę, która pozwala oddychać gdy wokół trujące powietrze.

Wystarczająco chyba streściłem początek filmu oraz klimat świata przedstawionego. Warto powiedzieć sobie więc dlaczego warto obejrzeć ten film. Pierwszym, może najbardziej podstawowym powodem, przynajmniej dla mnie, jest pieczołowitość wizji świata, którą nam zaoferowało studio. Nie tylko na poziomie koncepcyjnym, należącym do scenarzysty, ale wręcz na każdym poziomie. Mamy tutaj bardzo pięknie zanimowaną biosferę, tak różną od nam znanej. Chyba każde przejawy fauny i flory uderzają w nas swą unikatowością. Co więcej, nie kończy się to tylko na sferze graficznej, ale Ugór jak i cała reszta świata jest nam subtelnie przedstawiana za pomocą dźwięków, co łącznie daje przekonującą wizję tej trującej dżungli.

Drugim ważnym powodem, znowuż przynajmniej dla mnie, jest postać głównej bohaterki. Jest to silna, kobieca, a właściwie dziewczęca postać. Jak się z czasem okaże, jest to cecha bardzo charakterystyczna dla twórczości Miyazakiego i zarazem bardzo udana. Ten film pokazuje, że można postawić na pierwszym planie żeńską postać, prezentując jej punkt widzenia, a zarazem stworzyć historię niejako uniwersalną, odpowiednią dla przedstawicieli obu płci, ale także przedstawicieli każdego wieku. Jeśli o wiek chodzi, warto zatrzymać się na chwilę przy tej kwestii. Na pierwszy rzut oka malowniczy świat, młoda główna bohaterka i inne od razu rzucające się w oczy cechy filmu sprawiają, że rodzice z chęcią posadziliby swe pociechy przed telewizorem. Jednak czy za drugim rzutem oka byliby już tak skorzy? Okazuje się bowiem, że historia pomimo pozorów, jest bardzo mroczna, ukazująca ciemną stronę ludzkiej natury i to na wiele sposobów. Istnieje zwłaszcza jedna scena na którą zawsze przy ponownym oglądaniu czekam z ciarkami na plecach, scena gdzie z pozoru niewinna postać głównej bohaterki wpada w szaleńczą furię, co było dla mnie szokiem przy pierwszym oglądaniu. Warto też powiedzieć co mam na myśli gdy mówię, że mamy do czynienia z „silną, żeńską postacią”. Nie chodzi o samą siłę fizyczną, której posiada wiele jak na swoje predyspozycje (wiek i płeć), ale przede wszystkim o siłę charakteru, która pozwala dążyć uporczywie do swoich celów, siłę, która jest w stanie mocno wpływać na otoczenie, pomimo swej pozornej naiwności i delikatności.

Kolejne powody, jakie możnaby wskazać, to także inne motywy, które przewijają się przez całą twórczość Miyazakiego. Jednym z takich motywów są maszyny latające, często (a w tym filmie wyłącznie) zupełnie fantastyczne o bliżej nieokreślonych napędach. Inną z kolei rzeczą jest styl kreacji postaci innych niż główna bohaterka, zarówno drugo jak i trzecioplanowych. Do wielu z nich można poczuć ogromną sympatię, nawet jeśli na ekranie pojawiają się tylko na krótkie chwile i nawet jeśli stoją po różnych stronach konfliktu, a ich czyny jako takie nie są godne pochwały.

Warto też powiedzieć o tym jakie przesłanie przebija się przez film. Tym najbardziej rzucającym się w oczy, dla większości przynajmniej jak widziałem, komentujących film, jest przesłanie proekologiczne. Nie jestem osobą, której by się podobały proste moralitety, jednak w tym wypadku, moim zdaniem, naprawdę się udało. Może tak to odbieram z tego powodu, że dla mnie jednak z filmu wyzierała jednak inna myśl niż dla wielu komentatorów, których czytałem. Nie: „człowiek niszczy przyrodę, człowiek jest okropnym stworzeniem”, dla mnie to raczej brzmiało jak: „Ty się człowieku nie troszcz tak o przyrodę, bo ona sobie bez Ciebie poradzi i z wszystkim co tylko naskrobiesz w swojej własnej skali czasu. Pytanie brzmi raczej, czy Ty się z tego wyskrobiesz?”. Kolejnym przesłaniem, które można odnaleźć w filmie jest przesłanie antywojenne, wskazujące, że tak naprawdę największym wrogiem i największym zagrożeniem dla ludzi są inni ludzie. Warto zwrócić uwagę, że w filmie nie ma raczej postaci jednoznacznie złych, za każdymi co bardziej wyrazistymi postaciami stoją jakieś racje, które mają w sobie ziarno słuszności, a konflikty powstają czy to z nieporozumień, czy też z braku komplementarności racji różnych stron. Po prostu jak w życiu. Następnie można wskazać treści feministyczne, co niejako już pośrednio ująłem wcześniej.

Przesłanie proekologiczne, antywojenne i feministyczne? Dla niektórych może to być mieszanka wybuchowa, zbieranina ideologii, których się zupełnie nie trawi. Jednak usilnie zachęcam wszystkich, jeśli tylko to mogłoby przeszkodzić w zapoznaniu się z tym dziełem, na wzięcie w nawias tego i delektowanie się światem i historią. Zwłaszcza, że według mojego uznania, te przesłania są nienachalnie przedstawiane, a dodatkowo raczej te rzeczy, które ja zinterpretowałem jako źródła takich właśnie przesłań, nie muszą być zinterpretowane przez innych w ten sam sposób i pozostawiają pole do własnych przemyśleń.

Tak więc gorąco zachęcam do poznawania studia Ghibli, zwłaszcza zachęcam do poznania pierwszego ich dzieła, czyli wyżej omawianego filmu. Nawet jeżeli ktoś uważa, że nie lubi japońskiej animacji, to zachęcam do daniu szansy przynajmniej studiu Ghibli.

Chciałbym opowiedzieć o tym co mi się dzisiaj przytrafiło. Zapewne pewne rzeczy przekręcę, ale postaram się odtworzyć rzecz jak najlepiej będę potrafił. Czekałem na wf na basenie, z racji tego, że to kawał czasu do czekania to postanowiłem pójść do budynku mojego wydziału, który sąsiaduje z basenem. Posiedziałem tam trochę, skorzystałem z wifi, ale i to zaczęło mnie nudzić. Wyszedłem więc z budynku, aby gdzieś się przejść, ale zanim wyszedłem poza bramę zaczepił mnie pewien mężczyzna. Mam trudności z określaniem wieku starszych ode mnie osób, ale podejrzewam, że miał około 30 lat.
– Przepraszam, co to za miejsce? – zapytał jakby zagubiony.
– To Wydział Fizyki – odpowiedziałem.
Zamyślił się, z twarzą w bezruchu wpatrywał się prosto mi w oczy, aż po nieco dłuższej chwili zapytał:
– Mógłby pan mi powiedzieć co to jest fizyka?
Nie pierwszy to raz gdy usłyszałem tego typu pytanie, więc choć przez chwilę się zastanowiłem, to odpowiedziałem niemal automatycznie:
– Fizyka to dziedzina wiedzy, która stara się wyjaśnić podstawowe prawa funkcjonowania rzeczywistości.
– Bardzo to skomplikowane, mógłby pan to wytłumaczyć używając mniejszej liczby słów?
– Świat rządzi się pewnymi prawami – odpowiedziałem, chcąc dalej jakoś kontynuować i zacząłem machać rękoma.
– Tak więc jest to dziedzina, która bada te prawa – dopowiedział i znowu się zasępił i ponownie wpatrywał się prosto w moje oczy przez dłuższą chwilę. Nie wiedząc za bardzo o co mu chodzi czekałem, aż powiedział:
– Analiza matematyczna to taka działka więc, jak wszystko tutaj – wskazał ręką przestrzeń wokół, gdzie wokół znajdują się różne wydziały matematyczno-przyrodnicze UW – macie tutaj takie ładne ogrodzenie, jeszcze pies na łańcuchu i wszystko bronione.
– Jednak niektóre dziedziny się łączą – odparłem – fizycy stosują matematykę, między innymi właśnie analizę matematyczną.
– Tylko niektóre?
Zastanowiłem się chwilę, nie wiedząc czy próbuje mnie wpędzić w jakąś dyskusyjną pułapkę, a ostatecznie powiedziałem:
– Stanem idealnym byłoby, żeby nauka stanowiła jedność, lecz na dzień dzisiejszy może tak być, że tylko niektóre się łączą.
Znowu zaczął się we mnie wpatrywać intensywnie, po czym powiedział:
– Czemu interesują Cię akurat prawa? Prawa tworzą jakiś zbiór, tak więc to też teoria mnogości.
Trochę nie wiedziałem co odpowiedzieć na takie skojarzenie, ale kontynuował:
– Czy jak się tu uczycie, to czy jest w tym logika?
– Po prawdzie, nie mieliśmy takiego przedmiotu, ale… – odpowiedziałem niezbyt przemyślanie nie dokończając.
– Jednak jest w tym logika?
– No tak.
– Czy fizyka jest w astronomii?
– Tak.
– Czy jest w matematyce?
– No tak.
– Czy jest w geologii?
– Tak.
– A w moralności?
– Tutaj można mieć wątpliwości – odpowiedziałem – nie wiem jak to się ma do tego co z Projektem Manhattan…
– Przepraszam bardzo, jak rozpatrujesz jak działa serce, jak się porusza, czy to jest fizyka?
– No tak.
– Czy jak rozpatrujesz harmonię, proporcję – perorował wspomagając się rękami jakby chciał ukazać tę harmonię i proporcję – czy jest w tym piękno?
– Jak najbardziej.
– Więc masz i piękno – mówił już szybko, całkiem nakręcony – wszystko się, ku*wa, łączy!
Odwrócił się nagle i pospiesznie odszedł bez dalszego słowa, a ja, zdziwiony całą sytuacją, nie mając pomysłu co mogę zrobić z sobą dalej, odszedłem w drugą stronę.

Być może moje odpowiedzi nie były szczególnie błyskotliwe i gdybym mógł je przemyśleć mówiłbym co innego, lecz rzecz cała polegała na tym, że było to nagłe i niespodziewane. Wnioski pozostawię jednak do wyciągnięcia samym czytelnikom.

Dzisiaj ponownie umieszczę jedną z moich prób literackich w formie listu. W przeciwieństwie do moich dwóch pozostałych, nie pokazywałem tego listu nikomu, więc być może to usprawiedliwia, że kolejny mój wpis znów dotyczy listu. Z perspektywy czasu widzę doskonale, że ten list nie spełnił moich zamierzeń. Fiolo, postać, którą oczami wyobraźni widziałem bardzo plastycznie, bardzo szczegółowo – tutaj jest nakreślona od drobnej strony. Podobnie sprawa ma się z światem przedstawionym, został nakreślony jedynie pewien aspekt tego świata, ale zdawkowo, nie ukazując choćby pobieżnie jego prawdziwych konsekwencji.

Mimo tego wszystkiego co napisałem powyżej, miło przypominało mi się ten list, który przypominał jeden ze światów mojej wyobraźni, który rozpatrywałem w mojej przeszłości. Fiolo, ten mój bohater, to postać do której wręcz się przywiązałem i z którą utożsamiałem. Czy jest to naturalne, że akty mojej wyobraźni oddziałują tak na mnie samego? Nie mnie to rozpatrywać, więc zamiast dalszych jałowych rozważań zapraszam was do zapoznania się z tym listem:

Z Archiwów mnemotypowych Arsibalda Frentyńskiego III

(załącznik leksykalny)

Odbiór na współrzędnych: A 07.34.54 Z 74.23.02 (dane udostępnione)

Czas: T 19.09.03 – 27.07.13

Nadawca: Fiolo, książę Lembargii … (rozwiń pełną tytulaturę)

Witaj kuzynie!

Pamiętasz gdy ostatnimi czasy rozważaliśmy kwestię alternatywnych światów? Jednym z osobliwszych sytuacji społecznych jakie rozważaliśmy były te związane z brakiem arystokracji sensu stricto. Ustaliliśmy przeto, że nie oznacza to explicite formy funkcjonowania władzy, a jedynie braku arystokracji w formie jaką znamy. Weźmy na to hipotetyczny świat Z i jej cywilizację, której praby nie różnią się istotnie od nas, szlachów. Rozjaśnić trzeba już z początku mogące występować niejasności. Otóż z wszelkich modelów, a już nawet i bez nich, bo i przy szczątkowych analizach wstępnych doszliśmy do tego, że podziały będą i to niewątpliwie, a to już na podstawie oczywistego wniosku, że osoby się między sobą różnią. Tak więc należy precyzyjnie określić założenie na którym się opieramy.

Nasz model ma opierać się na fakcie, że ludzkość nie została podzielona na dwie wyraźne rasy w swej historii. Jednakże nie możemy tego ująć jako założenie, ponieważ fakt ten wymaga swoistego, zewnętrznego uzasadnienia. Niewiele trzeba, aby to poszukiwane przez nas założenie odnaleźć. Wystarczy sobie zadać pytanie: Czy możliwe byłoby, aby Kodeks nie powstał? Wielu powiedziałoby, że ten bądź inny wariant Kodeksu powstać po prostu musiał, ponieważ społeczeństwo, które wykształciłoby Kodeks (bądź jego bliski wariant) zdominowałoby inne i tym samym rozprzestrzeniłoby Kodeks do wszystkich wystarczająco zaawansowanych społeczeństw – czyli dokładnie tak jak było w rzeczywistości. Jednakże, jak łatwo zauważyć, jest to klasyczny przykład logicznego koła zamkniętego – czyli dowodzi się to, co w rzeczywistości jest założeniem. Zastanówmy się jednak na ile prawdopodobne było samo powstanie Kodeksu. Tutaj można by nam zarzucić, iż nasze rozważania są jałowe ze względu na to, że mówimy o zdarzeniach przeszłych i ich prawdopodobieństwach, a te – skoro już zaszły – prawdopodobieństwo mają równe jedności. Jednak przy takim myśleniu wszelkie rozważania o alternatywnym biegu wydarzeń byłyby bez znaczenia. Łatwo jednak wyjść z tego impasu rozważając nie faktycznie istniejący świat, a nasz hipotetyczny świat Z. W ramach tego świata zadajemy sobie pytanie: Na ile prawdopodobne jest nie zaistnienie Kodeksu? Moim zdaniem, bardzo duże, co postaram się poniżej wyjaśnić.

Jak może się domyślasz, mamy tu do czynienia z tak złożonymi sytuacjami, że moje modele zdają się być wyjątkowo prymitywnym ich obrazem. Dlatego poza nimi, w swej argumentacji będę starał się podeprzeć również argumentacją bardziej jakościową, co może istotnie sprawić Ci niejako zawód. W jakim społeczeństwie może zaistnieć Kodeks?

  1. Społeczeństwo takie musi być wystarczająco zaawansowane, aby stworzyć cywilizacje. Tak więc od niniejszego momentu owe społeczeństwa będziemy określali jako Cywilizacje.
  2. W danej Cywilizacji system arystokratyczny powinien istotnie przeważać nad alternatywnymi systemami – powinien możliwie długo funkcjonować w czasie historycznym w ramach obszernego terytorium danej Cywilizacji.
  3. Arystokracja powinna być możliwie silnie związana z inteligencją, w najlepszym wypadku powinno dochodzić do uszlachcania wszystkich wybitnych intelektualnie jednostek.
  4. W końcu, powinien powstać system, który mógłby posłużyć do utrzymania i realizacji Kodeksu – w naszym wypadku była to cała struktura społeczna narosła wokół Zakonu.

Na tym chciałbym zakończyć. Rychło spotkamy się znowu, pewne obowiązki wzywają mnie ku wam, a oficjalne dyrektywy w tej sprawie dojdą niebawem. Tak więc, do zobaczenia drogi kuzynie, mam nadzieję, że uda nam się porozmawiać wówczas na ten i na wiele innych fascynujących tematów.

Wasz umiłowany kuzyn,
Fiolo

To by było na tyle, jeśli chodzi o list. Z chęcią bym wrócił do tego świata, zwłaszcza, że tak mało zadowala mnie jego nakreślenie, jednak jak to mam w zwyczaju, odsuwam taką próbę literacką na bliżej nieokreśloną przyszłość.

Mam nadzieję, że następny wpis będzie już bardziej matematyczny, zobaczę tym samym jak idzie mi pisanie notek tego typu.

Pozdrowienia,
FlauFly

Słowiańskie lalki

30 marca 2012

Kolejny mój wpis przynosi z sobą kolejny list jaki dawniej napisałem. Nie tylko lubię tę formę jako odbiorca, ale również, jak zapewne widać, lubię listy pisać. Jednak nie miałem nigdy możliwości, a może też śmiałości, aby z drogimi mi osobami kontaktować się listownie. Nigdy w życiu nie napisałem prawdziwego listu, takiego, którego otwiera się z koperty, śledzi charakter pisma na równi z treścią, to już nie to samo co listy elektroniczne, nie tylko ze względu na medium komunikacyjne, lecz również sposób komunikacji. Wysyłanie e-maili nastawione jest na szybkość i prostotę, e-maile nie mają tych samych funkcji co dawniejsze listy, które zawierały bogate opisy przeżyć, myśli i uczuć z którymi ludzie dzielili się na odległość. Za to, w swoim życiu, dostałem raz list, zbiorowy, który był i jest dla mnie wciąż ważny. Dziękuję, swoją drogą, wszystkim z nadawców tamtego listu, jeśli orientujecie się, że to o was chodzi i czytacie tego bloga.

List, który tu umieszczam napisałem nieco później niż poprzedni. W dużej mierze inspirowany byłem innymi tradycjami literackimi, a nie tylko innym okresem w dziejach naszego narodu. Kto spostrzegawczy, zapewne dostrzeże me inspiracje. Jak czytam moje własne słowa włożone w list mego fikcyjnego bohatera, odczuwam to co właśnie pociąga mnie w tej już archaicznej formie komunikacji na odległość. Tym czymś jest ta nuta romantyzmu związana z ogromną tęsknotą za bliskimi przelewaną na papier, z pełną świadomością, że odpowiedź, jeśli w ogóle, dojdzie po długim czasie. Nadawca tego listu pisze z dala od domu, opisuje swoje codzienne przeżycia starając podzielić się z rodziną tym co dla niego ważne, mając do dyspozycji ograniczone środki.

Nie będę jednak dłużej przedłużał. Zapraszam was do odwiedzenia świata słowiańskich lalek.

Lalki

Kochana Matuchno!

Piszę list wprost z Morza Adriatyckiego – gdzie już dotarliśmy 3 dni temu i do tej pory zdążyliśmy się przyzwyczaić do morskiego powietrza. Piękno wody wciąż mnie zachwyca i czasem nie mogę powstrzymać wzroku od fal bijących w konstrukcję. A jak u was? W gospodarstwie wszystko w porządku? I jak się ma moja młodsza siostrzyczka? O tym co u mnie opowiadam poniżej.

Zamknęlimy dziś jedną lalkę w lalkarium hydralicznym, Jaczemir Braclawicz- mój druh i brat słowa o którym Ci opowiadałem wcześnie – ustawił kroki wody, tak aby lalka wpłynęła odpowiednio na sny ślicznej ochotniczki – Inowny Ijawicz. Pierwsza próba miała wywołać serię odpowiednich miękkich barw, druga – proste dźwięki, trzecia – cieplnicze czucia w różnych punktach ciała, a czwarta wprowadzić kilka lekko nieprzyjemnych czuć ogólnych. Tedy inna lalka uwięziona w lalkarium również hydralicznym działała jako sprawdzacz sensoryczny Inowny, całkowicie będąc nie związana z lalką pierwszą. Kontrolnie przepytałem Inownę pod względem zgodności z tym co pojawiło się na pulpicie sensorycznym, na którym swoją drogą ciekawe dane ujrzałem. Przed wyciągnięciem wniosków czekam do dni następnych, gdzie tym razem z lalkarium aerycznego wysył będzie, jeszcze następnym odbiór, a w kolejnym i wysył jak i przesył będą.
To proste badania nad snami, a ich implikacje mogą być znaczne – póki nie przejdziemy do bardziej skomplikowanych testów z wykorzystaniem wielu lalek. Snuję wizję, że będziemy mogli tworzyć zorganizowane, wielkie bale senne – jak je nazywam – fantastyczne wizje senne, wspólne dla ludzi, którzy chcą dołączyć do danego balu oddzielonych nawet ogromnymi odległościami! Dzieliłem pomysłem tym z innymi lalkarzami, lecz mało kto ma tyle optymizmu. Lilianka Litowicz – wraz ze mną jest najmłodsza wśród wszystkich lalkarzy jakich kiedykolwiek spotkałem – możliwe, że jest najmłodszą lalkarką ludzi słowa – i ona właśnie wyraziła swoje zaciekawienie mymi szalonymi pomysłami i obiecałem jej porozmawianie o tym jak wspólnie spotkamy się nad wodą. Jakże cudownie i radośnie mi z tego powodu. Może zgodzi się na wykonanie jej rysunku, z wykorzystanie pomagającego mi w rysowaniu, skonstruowanego przeze mnie naręcznego rysownika z transmorfowanego ciała bannika. A jak się na to zgodzi, Lilianka – cudowna istotka, nadzieję mam spędzi ze mną i więcej czasu na hulankach jakich może.
Dzisiaj również przyjechali nippońscy lalkarze na konferencję, która zaczyna się już jutro. Będzie to największa lalkarska konferencja światowa, jak do tej pory. Chcę zwłaszcza wysłuchać Nippończyków – oni są obok ludzi słowa dominującymi lalkarzami, co sprawia, że ich język jest również językiem konferencyjnym. Osobiście nie przepadam za ich „kami” – zdecydowanie bardziej wolę nasze określenie „lalka”. Rozmawiałem już z jednym z nich i przyznać trza, że pełni są pomysłów i nowych rozwiązań. Z niecierpliwością czekam do jutra, po skończonej konferencji zaś z całą pewnością zdam relację Tobie.

Muszę kończyć, bowiem sporo pracy przygotowawczej jeszcze przed nami, a konferencja nie zaczeka. Odpisz jak najprędzej i oddaj zawartość wysłanej paczki Nawojce – na pewno ucieszy się z prezentu od starszego brata

Kochający syn, Laliczaj

Jeszcze słowem zakończenia. W założeniu żaden z moich listów z fikcyjnych światów nie był nigdy zamkniętą całością. Wraz z tymi listami powstawały jakieś drobne szkice, inne listy czy też napoczęte opowiadania. Jak większość moich beletrystycznych prób, nie przechodziły nigdy do fazy finalnej. Ten list doczekał się więc też „kontynuacji’ w postaci ledwie rozpoczętego opowiadania, rozgrywającego się w czasach o pokolenie dalszych od tych z czasów gdy Laliczaj pisał list do rodziny. Jednakże to opowiadanie – niestety – urwane jest w pół zdaniu. To czy umieszczę nawet te nieporadne szczątki opowiadania na blogu, zależy od tego czy uda mi się wdrożyć w ten klimat co dawniej i pozostać wierny „duchowi” tekstu domykając go choćby do końca zdania. Nie jest to jednak łatwe, obecnie panują nade mną inne estetyki, inne myśli i trendy chodzą mi po głowie. Jeśli chcę to zrobić, to będę musiał po części wdać się w dawnego siebie. Wszystko się jednak okaże.

Pozdrawiam,
FlauFly

 

Zgodnie z obietnicą umieszczam jeden ze swoich „strzępków literackich”. Tekst ten, jak łatwo będzie dostrzec, jest w formie listowej, którą z jakiegoś powodu bardzo lubię. Napisałem go bardzo dawno, właściwie było to w czasie jaki jest napisany w liście. Czas tamtego świata jest więc zgodny z naszym światem. Nie chciałbym oceniać z perspektywy lat tego „utworku”, ponieważ napisał to nastolatek, którym już nie jestem i zdystansowałem się do pewnych swoich dawnych poglądów, choć muszę przyznać, że nie odrzuciłem ich. Jednak nie o poglądach jest ten wpis, a o dzielnych Sarmatach Rozumu, akceleratorach i innych rzeczach, jak je sobie wyobrażałem niegdyś, dawno temu. Zapraszam do lektury:

Nanno, 2007-05-02

Wielmożny Panie Kartarianie,
a mnie Mości Panie Bracie

Doszły mnie słuchy, żeś acan objął stanowisko przewodniczącego rady naukowej akceleratora cząstek w Hrężynie. Muszę więc wspomnieć i o moich staraniach na rzecz tejże Waść nominacji. Uważałem Waszmościa za niezmiernie godnego mego zaufania i tego zaszczytu, aby zająć tą czci godną posadę i proponowałem to radzie naukowej od dawna.
Ode mnie jako przewodniczącego Instytutu Technologij Cząstek Elementarnych (w skrócie ITCE) musisz usłyszeć kilka słów organizacyjnych i niestety finansyjnych. Jako już wiesz wydział w jakim się znalazłeś podlega ITCE i moim zdaniem jest najważniejszy pod względem naukowym w całym Instytucie, ale to nie za zabawę z protonami szubrawcy nam acan płacą, a za możliwość wykorzystania ich na Rynku. Przychodzi więc takowy człeczyna raz na miesiąc i węszy czy oby robimy tylko tyle ile można sprzedać. Oczywiście tak nie jest, ale czy nie przez takie nadwyżki właśnie postęp technologiczny nie był wytwarzany? Bowiem skąd po prawdzie wiadomo co się przyda, a co nie? Wszak czasami dopuszczają strzelanie w ciemno z wiedzą, która przydać się atoli może bądź nie, ale niezbyt często. Waszmość jako inteligentny o rozumie prawdziwego szlachcica powinien doceniać moje ryzyko i przyłączyć się do współpracy. Wracając jednakże do organizacyjnych sprawoj, trzeba powiedzieć o relacyjach przekazywanych mi raz każdego miesiąca dnia trzeciego. Czemuż trzeciego? Ktożby to raczył wiedzieć? Domyślać się mogę, że chodziło mi o potrójne występowanie kwarków, albo liczbę atomową litu, albo tak po prostu. Znając siebie najprawdopodobniejsza jest ostatnia wersja. Jeśli chodzi o insze sprawy organizacyjne macie całkowicie wolną ręke i radę naukową do swej dyspozycji. Nad finansyjami długo się rozwodzić nie będę, bo szczegółowo możecie się dowiedzieć w odpowiednim regulaminie, a jakim to nie powiem, bo takimi błahostkami nie zaśmiecam sobie głowy i najzwyczajniej w świecie gubię się w tych wszystkich dokumentach bardziej niż nasi chlebodawcy w świecie kwantowym. Powiem jedynie, że pieniądzę na badania i owe na wypłatę wydawane są również trzeciego każdego miesiąca. Rozdzielone te kwoty są specjalnie, aby pono nikt sobie nie mógł wziąć czasem za dużo. Gdyby choć trochę rozumieli ducha szlacheckiego to by wiedzieli, że prawdziwa arystokracja rozumu jeszcze dopłaci z własnej kiesy jakby było mało!
To chyba wszystko o czym chciałem acan poinformować. Liczę na rychłe spotkanie w cztery oczy i rozmowę z Waszmościem, nie tylko w sprawach służbowych żeby to było jasne.

Z wyrazem najgłębszego szacunku
Wasz Pan Brat
doktor fizyki teoretycznej Wojciech Kowalski

PS Z powodu poufałości listu i niebezpieczeństwa ze strony chlebodawców spal acan go zaraz po przeczytaniu.

Witam na blogu

23 marca 2012

Witam, to mój pierwszy blog. Każdego kto tu trafił, czy to przypadkiem, czy to przez poduszczenie moje bądź kogoś innego – serdecznie zapraszam do zapoznawania się z jego treścią. Blog w zamierzeniu ma być wyjątkowo niejednorodny i mało prawdopodobne, aby wszystko spodobało się każdemu z potencjalnych czytelników (mam nadzieję, że jacyś czytelnicy jednak się pojawią). Jakie więc w zamierzeniu treści ma zawierać? Pozwolę wymienić je sobie w uporządkowanej formie:

1) Materiały matematyczno-fizyczne – porządkując i uzupełniając swoją własną wiedzę mam zamiar zarazem publikować swoje notatki na blogu. Mam tendencję do tworzenia pewnych przeglądów treści, które zdobywam w celu porządkowania i pogłębiania wiedzy. Pomyślałem, że być może dobrym pomysłem byłoby dzielenie się nimi z innymi. Może się to uda i przyda się innym. Być może też zdobędę się na jakieś własne pomysły i idee, choćby nie wielkie, jednak tego zagwarantować nie mogę.

2) Moje własne próby literackie. Nigdy nie udało mi się dokończyć żadnego dłuższego tekstu beletrystycznego, choć próbowałem niejednokrotnie. Takie strzępki, okruszki rzec by można, zamierzam publikować na tym blogu. Będą to teksty zarówno sprzed lat, które udało mi się wygrzebać oraz teksty nowsze. Kto wie, kiedyś być może uda mi się zebrać do czegoś bardziej systematycznego i opublikować jakiś pełny tekst – choćby pełne opowiadanie.

3) Przemyślenia natury okołonaukowej, zapewne na poziomie popularnonaukowym (choć od wzorów nie chciałbym stronić) czy też filozoficznej. Mam czasami pewne myśli z którymi chciałbym się podzielić, a fora internetowe to nie zawsze najdogodniejszy sposób. Być może zuchwalstwem jest myślenie, że ktoś będzie chciał mnie słuchać, ale zapewniam, że raczej mam skromne zamiary.

4) Wszelkie ciekawostki, które napotkam, a które uznam za warte zauważenia.

To w zasadzie tyle, choć jak mówiłem, forma bloga w zamierzeniu ma być otwarta i nie chciałbym zamykać się na nowe pomysły. Pierwsze moje wpisy wpasują się w drugi punkt. Będą to teksty (czy też raczej  tekściki), które pokazywałem już innym, ale umieszczę też takie, które dotąd nikomu nie pokazywałem.

To tyle, pozdrowienia,

FlauFly 😉